Małe dziecko w szkole? Dlaczego nie?

flickr.com - Salvation Army USA West

Od dłuższego czasu toczy się batalia o to czy posyłać 6-latki do szkoły czy nie? Istnieje wiele argumentów zarówno za, jak i przeciw. Dlatego wielu rodziców cierpi na koszmary w związku z podjęciem owej decyzji, ponieważ jest to dla nich duży problem.

Jednak zamiast zastanawiać się czy dziecko sprosta obowiązkom szkolnym, czy poradzi sobie z rozpoczęciem edukacji i czy osiągnęło gotowość szkolną (co można stwierdzić za pomocą testu dojrzałości szkolnej lub podczas badania w poradni psychologiczno-pedagogicznej), należy zastanowić się nad tym, czy szkoła jest przygotowana na przyjęcie dziecka i czy system edukacyjny oraz polityka państwa sprzyja posyłaniu maluchów do szkół?

Po pierwsze: Dostosowanie budynków.

Przyglądając się realiom polskich szkół można zauważyć, że nie są one dobrze dostosowane do pracy z małymi dziećmi. Parę lat temu zarządzono, aby w każdej sali lekcyjnej znajdował się dywan oraz kąciki zainteresowań, w których dzieci miałyby poszerzać swoje zainteresowania i odkrywać  zdolności. Większość szkół dostosowała się do tych zaleceń, jednak to zdecydowanie za mało. Urządzenie klas lekcyjnych i wyposażenie szkół mogłoby być bogatsze w środki dydaktyczne, ale co najważniejsze, powinno mieć inny układ. Istniejące placówki najczęściej są przestarzałe i pamiętają czasy naszych rodziców czy dziadków, a przydałyby się budynki na miarę XXI wieku.

Mówi się, że Państwo nie ma pieniędzy na budowę nowych szkół czy rewitalizację starych, tylko czy na pewno? Zamiast wsparcia finansowego ze strony rządzących, otrzymujemy pomoc z UE, która przeznacza fundusze na przystosowanie się szkół do obecnych realiów rzeczywistości, dofinansowując je. Niestety jest to kropla w morzu potrzeb, (a pomoc nie jest bezinteresowna, ponieważ otrzymane pieniążki będziemy musieli zwrócić, w myśl zasady mówiącej, że nie ma nic za darmo).

Tak więc, klasy lekcyjne powinny być inaczej urządzone i wyposażone, ale także nie powinny być przesadnie kolorowe i rozpraszające. Obecnie w sali lekcyjnej w głównym miejscu znajduje się tablica, dzieci siedzą w dwuosobowych lub kilkuosobowych stolikach, a w tylnej części sali znajduje się kolorowy dywan i kąciki zainteresowań. Jednak na ścianach wisi mnóstwo rzucających się w oczy plansz, prac dzieci i innych „rozpraszaczy”. A wiadomo, że im więcej kolorowych dekoracji, tym mniej dziecko potrafi się skupić na wykonywanych zadaniach czy poleceniach nauczyciela. Dzieje się tak, ponieważ organizm malucha odbiera zbyt dużą ilość bodźców, którymi jest bombardowane z każdej strony, co może doprowadzić do rozproszenia uwagi czy nadmiernego pobudzenia. Nie jestem przeciwniczką dekoracji, jednak uważam, że należy umieszczać je umiejętnie, w miejscach, w których dziecko zapoznając się z nowym materiałem nie jest bombardowane kolorami i rozpraszającymi obrazkami, często niezwiązanymi z tematem.

Po drugie: Ruch, ruch i jeszcze więcej zabawy!

Nie wyobrażam sobie posadzić 6-latka w ławce i wymagać od niego spokojnego siedzenia przez 45 minut. To nierealne, ponieważ jego wiek, to tzw. złoty wiek motoryczności, podczas którego dziecko dużo się rusza i bawi, nie potrafi długo usiedzieć w miejscu, a uwagi nie skupi dłużej niż przez 20 minut. To jest ściśle związane z rozwojem dziecka i nie można tego w żaden sposób zmienić czy wymusić.

Zamiast wymagania długiego siedzenia w ławce, należy zmienić sposób prowadzenia zajęć wprowadzając dużo ruchu, zabawy i dynamiki. Pamiętajmy, że dzieci najlepiej uczą się przez doświadczanie i zabawę, dlatego jeśli chcemy wprowadzić nowy temat, nauczyć litery, cyfry czy przybliżyć zagadnienie, zabierzmy dzieci poza salę, wymyślajmy nowe i ciekawe zabawy, wyzwania czy doświadczenia. To nie zaszkodzi, a z całą pewnością pomoże uatrakcyjnić lekcję, nie wymuszając na uczniach długotrwałych posiedzeń w ławkach.

Po trzeciePrzerwy lekcyjne.

Podczas trzech lat nauczania początkowego, dzwonki powinny być zlikwidowane. Istnieje przepis, który mówi, że nauczyciel wyznacza sam sobie przerwy, ponieważ nie obowiązują go 45 minutowe jednostki lekcyjne. Brzmi to ładnie i poprawnie, ale rzeczywistość wygląda trochę inaczej… A mianowicie, jeśli zadzwoni ogólny dzwonek obwieszczający przerwę, nie sposób utrzymać uczniów w ławkach. Nauczyciel widząc poruszenie dzieci, jest zmuszony zrobić przerwę. Dlatego w szkołach, na piętrach gdzie uczą się dzieci z klas początkowych, powinno się zdemontować dzwonki. Na pozostałych piętrach czy segmentach, na których przebywają starsze roczniki, można umieścić dzwonki, ale nie takie przypominające syreny strażackie, od których można stracić słuch…

Po czwarteOgromne, łączone szkoły.

Błędem jest tworzenie ogromnych szkół, w których w jednym budynku znajduje się szkoła podstawowa, gimnazjum i szkoła średnia. Pomiędzy maluszkami 6-letnimi, a licealistami czy gimnazjalistami ostatnich klas jest ogromna przepaść wiekowa i rozwojowa. Maluszki często czują się niekomfortowo spotykając dużo starsze dzieci, natomiast młodzież czy dorośli uczniowie muszą wybitnie uważać na małe dzieci (a jak wiadomo nie wszyscy starsi uczniowie to anioły i mogą stanowić zły przykład zachowania dla maluchów).

Często w „molochach”, jakimi nieraz są szkoły, dzieci nie znają ani siebie, ani nauczycieli i mogą pozwolić sobie na dużo więcej niż w małej placówce, w której nauczyciele znajdą i mogą dokładnie zaobserwować podopiecznych, szybko reagując na ich wybryki i wyciągając z nich konsekwencje.

Po piąte: Przeorganizowanie systemu edukacyjnego.

Zajęcia edukacyjne w klasach I – III trwają zazwyczaj parę godzin dziennie i dzieci kończą lekcje już koło godziny 12.00/13.00. Dlaczego więc, nie zmienić systemu funkcjonowania szkół i nie wprowadzić zajęć od rana do popołudnia (jak ma to miejsce w innych krajach europejskich)? Wtedy dziecko miałoby opiekę przez dłuższy czas, mogłoby się uczyć, bawić, odrabiać zadania i odpoczywać w szkole, która nie polegałaby na ciągłych zajęciach z pisania, czytania czy liczenia – natomiast większa liczba nauczycieli miałaby pracę. Dlaczego nie wprowadzić zajęć z gotowania, majsterkowania, ogrodnictwa, opieki nad zwierzętami, itp. zgodnie z zainteresowaniami i umiejętnościami uczniów? Przecież zajęcia zawodowe są niezbędne w życiu każdego człowieka i powinny być stawiane bardzo wysoko w hierarchii umiejętności człowieka – zaraz za podstawowymi umiejętnościami edukacyjnymi, takimi jak czytanie, pisanie i liczenie. Po co więc wprowadzać nieprzydatną wiedzę? Skoro mądre umysły wymyśliły zawiłe pojęcia, związki czy sformułowały skomplikowane zasady, to są one ważne, ale dla grona osób, które się danym tematem interesują czy zajmują, a nie dla całej populacji. Dlatego nie widzę sensu wymagać od wszystkich osób pamiętania dokładnych dat historycznych, znajomości fachowych nazw podziału komórki, permutacji czy skomplikowanych wzorów fizycznych.

Brak zajęć praktycznych objawia się tym, że duża część młodzieży nie ma pomysłu na życie, jest niezaradna i nie potrafi zapełnić swojego wolnego czasu w korzystny dla siebie sposób. Społeczeństwo staje się niezaradne życiowo, dlatego zmieńmy system, programy nauczania i siatkę godzin lekcyjnych dostosowując zajęcia i ich czas trwania, do naturalnego rozwoju i potrzeb dzieci!

Źródło:
Fotografia: flickr.com – Salvation Army USA West